Słońce jednego dnia wdziera się do bukowego lasu.
Kładzie się na każdym spadającym liściu.
Wędruje po rudych ścieżkach usianych bukwią.
Nazajutrz chowa się za grubą warstwą chmur,
a świat osnuwa mgła tak gęsta, że las znika na chwilę.
Cisza pęcznieje w uszach.
Wilgoć osiada na rzęsach.
Czas staje w miejscu.
Buki czekają na powrót światła.
Ja czekam razem z nimi.
Zupa dyniowa z mleczkiem kokosowym
trawą cytrynową i liśćmi limonki
1 dynia hokkaido ok. 1 kg
1 łyżka oleju kokosowego
1 czerwona cebula
4 ząbki czosnku
1 papryczka chili
2 trawy cytrynowe
1 łyżeczka pasty z tamaryndowca
4 liście limonki mrożone
200-250 ml mleczka kokosowego
sól
sos sojowy
świeża kolendra
Dynię pokrój w kostkę razem ze skórą, cebulę w piórka, czosnek i chili drobno posiekaj.
Trawę cytrynową rozbij tępą stroną noża, aż uwolni aromat.
W garnku z szerokim dnem rozgrzej olej kokosowy,
dodaj cebulę ze sporą szczyptę soli i zeszklij ją na małym ogniu.
Dodaj czosnek, chili i trawę cytrynową i smaż minutę.
Następnie dodaj dynię i smaż 2-3 minuty mieszając od czasu do czasu.
Wlej gorącą wodę, tylko tyle aby przykryła dynię.
Dodaj pastę z tamaryndowca, łyżkę sosu sojowego oraz liście limonki.
Doprowadź zawartość garnka do wrzenia, zmniejsz ogień
i gotuj 20 minut lub do momentu, aż dynia zmięknie.
Następnie wyjmij trawę cytrynową i liście limonki,
do garnka dodaj mleczko kokosowe i zblenduj zupę na gładki krem.
Jeżeli jest za gęsta dodaj trochę więcej wody lub mleczka kokosowego.
Dopraw sosem sojowym, jeżeli to konieczne.
Podawaj gorącą z listkami kolendry.
Dynia to dla mnie symbol jesieni.
Pierwsza zawsze trafia u mnie do zupy.
W tym roku to pełna aromatów, lekko kwaśna i pikantna wersja,
którą przygotowałam na pażdziernikowe spotkanie z Amber.
Zajrzyjcie za Kuchenne Drzwi po więcej dyniowych inspiracji.
















































